Zainteresował mnie pewien fenomen, bo inaczej tego nie potrafię określić. Zwykle, mówi się o Janie Matejce jako wielkim mistrzu polskiego pędzla. Owszem, nie zaprzeczam Jan Matejko miał ogromny talent i na pewno wpłynął na nastroje patriotyczne utęsknionych za wolnością Polaków żyjących pod zaborami. Powinniśmy wymienić co najmniej jeszcze jednego mistrza pędzla, był nim Józef Brandt (1841-1915).

Artysta urodził się 11 lutego 1841 roku w Szczebrzeszynie w zamożnej rodzinie. Dziadek Józefa był szanowanym profesorem medycyny, natomiast drugi dziadek Fryderyk A. Lessel znanym architektem. We wczesnym dzieciństwie stracił ojca i musiał z matką przeprowadzić się do rodzinnego majątku w miejscowości Grzmiące pod Radomiem. Uczęszczał do gimnazjum w Instytucie Szlacheckim, które ukończył w 1858 r., rok później podjął studia w École des Ponts et Chaussées w Paryżu. Uczelnia miała zapewnić mu zawód inżyniera. Stało się jednak inaczej. Spacerując po Paryżu, poznał Juliusza Kossaka (1824-1899), który namówił go by zacząć malować.

Józef Brandt zaczął pobierać nauki min. u Henryka Rodakowskiego (1823-1894), czyli kolejnego polskiego malarza, tym razem z epoki romantyzmu. W 1860 roku Brandt razem z Kossakiem powrócili do Warszawy. Wkrótce też wyruszyli w podróż na Ukrainę i Podole, gdzie początkujący artysta czerpał inspirację, a z czasem stał się wielkim piewcą historii tam zapisanej. Wkrótce, bo w 1861 roku Towarzystwo Zachęty Sztuk Pięknych w Warszawie wystawiło pierwsze prace Józefa Brandta!

Po udanym debiucie wyjechał kontynuować kształcenie! Tym razem razem udał się do Monachium, co okazało się być strzałem w dziesiątkę. Przełom w twórczości polskiego malarza nastąpił w 1863 roku, gdy pracował w Atelier niemieckiego malarza batalistycznego Franza Adama (1815-1886), to wtedy powstały m. in. obrazy pt. „Odwrót spod Solferino” czy „Mazepa”. Obraz Brandta “Powrót spod Wiednia – Tabor” z 1865 r. – zakupił sam cesarz Austrii, Franciszek Józef I (1848-1916).

Współczesnych zachwycał realizm kompozycji, niezwykły detalizm: wydaje się, że detale wyjęto ze zdjęcia! wyobrażenie koni, ich umaszczenie, grzywy, wiernie odwzorowana anatomia robi nadal wrażenie. Ogromna skala realizmu mimo tego, że nie jest to skala wielkościowa jak na obrazach Jana Matejki wciąż zachwycają. Jednym z najważniejszych płócien Józefa Brandta pozostaje “Bogurodzica” z 1909 roku. Widzimy wojsko polsko-litewskie powracające z boju. Widziane twarze są do siebie bardzo… podobne? Józef Brandt nie miał wiedzy na temat wyglądu danych postaci. Malował więc typowy wygląd polskiego szlachcica z XVII w.: charakterystyczne gęste wąsy, podgolone głowy.

Józef Brandt wiele lat mieszkał, tworzył i nauczał w Monachium. To tu m. in. założył prywatną szkołę malarstwa, do której uczęszczał choćby syn jego przyjaciela: Wojciech Kossak (1856-1942). Warto zwrócić uwagę na to, że Józef Brandt fascynował się historią na równi z Janem Matejką, choć skupił swoją artystyczną uwagę na dziejach oręża w XVII w. Tej fascynacji zawdzięczamy np. „Chodkiewicz pod Chocimiem” z 1867 r.. To nie przypadek, że na szarym płótnie hetman dosiada siwego konia. Jego postać jest wyrazista i skupia nasz wzrok. Warto dodać, że tym malarstwem inspirował się Henryk Sienkiewicz (1846-1916), pisząc cykl powieściowy zwany potocznie „Trylogią”.

Józef Brandt ożenił się w 1877 roku Heleną z Woyciechowskich Pruszakową (1847-1938), właścicielką wsi Orońska obok Radomia, gdzie osiadł. Miał dwie córki. W 1900 roku Józef Brandt został honorowym członkiem Akademii Sztuk Pięknych w Pradze. Rok po wybuchu Wielkiej wojny malarz wraz z rodziną został zmuszony do opuszczenia Orońska. Zmarł 12 czerwca 1915 roku w Radomiu. Nie dożył wolnej Polski, której chlubne pamięci czyny uwieczniał na swoich obrazach.

Dlaczego Józef Brandt został zapomniany? Niektórzy twierdzą, że sam był temu winny. Wyjechał za granicę i wiele lat tam właśnie pracował i zyskiwał sławę. Jan Matejko mieszkał w Krakowie, przy ul. Floriańskiej z rodziną i nigdzie się nie wybierał. Zdarzało się, że Józefa Brandta w ogóle nie rozpoznawano jako polskiego malarza! To dlatego podpisywał swoje dzieła jako: „Józef Brandt z Warszawy”. Ale wina leży też zapewne po stronie współczesnych: dopiero w 2018 r. odbyła się w muzeum Narodowym w Warszawie duża wystawa poświęcona tej ciekawej twórczości.

