Zamach na Franza Bürkla 

Franz Bürkl był funkcjonariuszem SS na Pawiaku od sierpnia 1941 roku. Celem akcji likwidacyjnej oddziału specjalnego Kedywu KG AK „Agat” stał się z powodu okrucieństwa, z jakim traktował osadzonych na Pawiaku więźniów. 

W czasie okupacji niemieckiej w pierwszym okresie funkcjonowania Pawiaka więzienie podlegało Wydziałowi Sprawiedliwości Urzędu Generalnego Gubernatorstwa. W marcu 1940 roku Pawiak stał się więzieniem śledczym Policji Bezpieczeństwa i Służby Bezpieczeństwa Dystryktu Warszawskiego, a szczególnie jej Wydziału IV – Tajnej Policji Państwowej – Gestapo. Było to największe więzienie polityczne na terenie okupowanej Polski – polityczne jedynie w założeniach, bo trafiali tam również ludzie z ulicznych łapanek. Trudno było podejrzewać większość z nich o zaangażowanie „polityczne”. 

Szacuje się, że na około 100 tys. więźniów, którzy przeszli przez Pawiak w latach 1939-1944, blisko 40 procent zginęło w egzekucjach, zostało zamęczonych w czasie przesłuchań, głównie przy al. Szucha, gdzie mieścił się areszt śledczy Urzędu Komendanta Policji Bezpieczeństwa i Służby Bezpieczeństwa Dystryktu Warszawskiego lub zmarło w szpitalu więziennym. 

Transporty z Pawiaka na al. Szucha i z powrotem wysyłano kilka razy dziennie. Egzekucje na więźniach odbywały się początkowo w centrum Warszawy – w ogrodach: sejmowym i uniwersyteckim. Od grudnia 1939 do lipca 1941 roku egzekucje odbywały się na skraju Puszczy Kampinoskiej w pobliżu wsi Palmiry. Od jesieni 1941 roku m.in. w Szwedzkich Górach, Wólce Węglowej, Laskach, na wydmach Łuże, w Lasach Kabackich, w Lasach Chojnowskich koło Stefanowa, w Magdalence oraz w Bukowcu koło Jabłonny. 

Po stłumieniu powstania w getcie więźniów rozstrzeliwano na sąsiadujących z Pawiakiem ulicach – Dzielnej, Gęsiej, Zamenhoffa, Nowolipkach. Od października 1942 roku w Warszawie odbywały się egzekucje publiczne na ulicach miasta. Nazwiska rozstrzelanych umieszczano na obwieszczeniach lub ogłaszano z ulicznych megafonów. 

Przez Pawiak przeszła również nieustalona liczba osób pochodzenia żydowskiego, szczególnie po zamknięciu getta w 1940 roku i w czasie jego likwidacji w 1943 roku. Około 60 tys. więźniów wywieziono z Pawiaka do obozów koncentracyjnych. 

Na Pawiaku na niespotykaną skalę działała konspiracja. Już w 1939 roku powstała komórka więzienna Służby Zwycięstwu Polski, a następnie Związku Walki Zbrojnej – Armii Krajowej. Pod koniec 1942 roku powstała komórka więzienna Delegatury Rządu. Z siatką wewnętrzną współpracowali więźniowie funkcyjni – lekarze, pracownicy administracji więziennej i kolumny sanitarnej oraz więźniowie, którzy pracowali w warsztatach. 

Wynikiem działań więziennego wywiadu był szereg akcji, zapoczątkowanych 26 marca 1943 roku uwolnieniem pod Arsenałem, przez specjalny Oddział Grup Szturmowych Szarych Szeregów, Jana Bytnara „Rudego”, komendanta Hufca Południe oraz innych więźniów przewożonych z siedziby Gestapo w al. Szucha na Pawiak. 

W następstwie współpracy komórki więziennej z Armią Krajową, Kierownictwo Walki Podziemnej wydawało wyroki śmierci na gestapowców i katów z Pawiaka i Szucha. Na podstawie informacji uzyskanych od więźniów, podjęto decyzję, żeby w pierwszej kolejności zlikwidować jednego z oprawców Pawiaka SS-Oberscharführera Franza Bürkla, a następnie kilku jego najbardziej sadystycznych współpracowników. 

Według relacji więźniów Pawiaka Franz Bürkl był jednym z najbardziej bestialskich oprawców. Niejednokrotnie strzelał do więźniów dla samej przyjemności, innych wieszał własnoręcznie. Miał wilczura, którego wykorzystywał do szczucia i zadawania poważnych ran więźniom. 

„Zboczeniec, morfinista szwendał się po więzieniu zawsze zamroczony. On pierwszy na Pawiaku zaczął mordować więźniów, podczas gdy inni zadowalali się jeszcze w tym czasie jedynie rolą obserwatorów. Łańcuch zbrodni Bürkla ciągnął się bez końca” – tak charakteryzował Niemca Leon Wanat, aresztowany w marcu 1940 roku i przebywający na Pawiaku do sierpnia 1944 roku. Pracował jako pisarz w więziennej kancelarii, po wojnie wydał książkę „Za murami Pawiaka”. 

Wykonanie akcji likwidacyjnej powierzono plutonowi phm. Jerzego Zborowskiego („Jeremi”), W grupie mającej zlikwidować Bürkla znaleźli się m.in. Bronisław Pietraszewicz („Lot”), Eugeniusz Schielberg („Dietrich”), Henryk Migdalski („Kędzior”). 

Przeprowadzona 7 września 1943 roku akcja trwała zaledwie 90 sekund. Oddział specjalny Kedywu KG AK „Agat” zastrzelił SS-Oberscharführera Franza Bürkla nieopodal jego domu, na rogu ulic Litewskiej i Marszałkowskiej. 

8 września 1943 w odwecie za zabicie Bürkla Niemcy rozstrzelali około 30 osób. Osiem dni później w „Biuletynie Informacyjnym”, będącym organem prasowym AK umieszczono komunikat: „Dnia 7 IX 43 r. o godz. 9.58 został zastrzelony w Warszawie Oberscharfuehrer Bürkl, komendant Pawiaka, znany ze znęcania się nad więźniami i masakrowania ich”.

Zamach na Józefa Staszauera  

Stary zegar wskazywał godzinę szóstą, gdy do baru weszły dwie zajęte rozmową pary. Czwórka przyjaciół wciąż się przekomarzając, przeszła przez pierwszą salę i zajęła miejsca na podwyższeniu. Po chwili zjawiła się kelnerka i z uśmiechem na twarzy zapytała czym może służyć. 

– Cztery wódki, ser szwajcarski, porcja szynki i ogórki – powiedział młody mężczyzna, na co kobieta skinęła głową i odeszła w kierunku bufetu. Drugi z młodzieńców spojrzał ukradkiem na kraniec sali, gdzie tuż przy telefonie siedział właściciel lokalu. To on był celem zamachu. 

Tak rozpoczęła się jedna z najsłynniejszych, a zapomnianych już dziś akcji Referatu 993/W – specjalnej grupy bojowej Oddziału II Informacyjno-Wywiadowczego Komendy Głównej Armii Krajowej, której celem było zamordowanie Józefa Staszauera – oficera Oddziału V KG AK i zdrajcy. 

Józef Staszauer był solą w oku polskiego podziemia, konfidentem, który przez długi czas prowadził podwójną grę przyczyniając się do wielu aresztowań polskich członków podziemia. To ten człowiek, będąc oficerem Armii Krajowej i mając dostęp do wielu ważnych informacji, okazał się jednym z największych błędów wywiadu AK, za który przyszło nam drogo zapłacić. 

Wielu badaczy zajmujących się sprawą Staszauera (vel Dalder , „Aston” vel „Damięcki” vel „Staniszewski”) zastanawia się, jak to możliwe, że tak dobrze funkcjonująca organizacja, jaką była bez wątpienia AK, pozwoliła sobie tak wielki błąd. Do myślenia powinno dać kilka faktów. Chociażby to, że „Aston”, Żyd o wyraźnie semickim wyglądzie, w 1943 roku, a więc w momencie, gdy tysiące osób wyznania mojżeszowego gniło w piekła getta, wciąż prowadził znajdujący się w samym centrum Warszawy lokal. 

Podejrzenia powinno wzbudzić również kilka innych spraw. Na przykład to, że pewnego razu, gdy do prowadzonego przez Staszauera baru „Pod kotarą” weszło dwóch szmalcowników, a rozpoznając w nim Żyda zażądało pieniędzy, wnet pojawili się Niemcy, aresztowali szmalcowników (wszelki ślad po nich zaginął), a Staszauera pozostawiano w spokoju. Kontrwywiadu Armii Krajowej dostatecznie nie poruszyło nawet to, że wspomniany lokal był jednym z ulubionych miejsc spotkań oficerów gestapo z informatorami, jak napisał jeden z badaczy „kłębowiskiem najgorszych żmij”, o czym ponoć Polacy doskonale wiedzieli. 

Dopiero jednak wielka wsypa z 19 sierpnia 1943 roku, podczas której zginęli na ulicy Poznańskiej dwa żołnierze podziemia, a ich dowódca porucznik „Wiktor” został schwytany, uświadomiła Armii Krajowej kim naprawdę jest Józef Staszauer „Aston” i jak wielkim jest zagrożeniem. Wspomnianego dnia grupa bojowa Komedy Głównej AK miała za zadanie przeprowadzić likwidację działającego na Poczcie Głównej niezwykle groźnego konfidenta. 

Akcja, jak zawsze w tego typu przypadkach, została starannie zaplanowana. Wzięła w niej udział, poza porucznikiem „Wiktorem” (Wojciech Lilienstern), „Antonem” i łączniczką „Jagodą” (Stanisława Maria Zybert), również grupa osłaniająca kierowana przez „Tadeusza” (por. Tadeusz Szuster) oraz żołnierzy grupy likwidacyjnej Okręgu Warszawskiego ppor. Aleksandera Dakowskiego „Aleksandra” (składała się z pięciu: „Małego”, „Wrzosa”, „Biegłego” oraz dwóch nieznanych żołnierzy). 

Działającego na poczcie konfidenta wskazać miał przejeżdżający rikszą „Aston”. Ten jednak zamiast mającego rozpocząć akcję sygnału, wykonał niespodziewany gest. Zdjął kapelusz i skinął głową „Wiktorowi” w powitalnym geście, w czym wprawił go w zdumienie. 

Jak się okazało, był to znak dla gestapowców. Do stojącego na chodniku dowódcy podjechał czarny samochód, z którego wyskoczyli Niemcy. Jednocześnie na ulicy wywiązała się strzelanina, bo czekających na rozpoczęcia akcji akowców zaskoczyli żandarmi i cywilni funkcjonariusze Gestapo. 

„Wiktor”, obezwładniony i schwytany przez oficera Gestapo Hermanna Schliemanna został wciągnięty do auta, który odjechał z piskiem opon. Zamęczany podczas brutalnego śledztwa „Wiktor” został rozstrzelany 16 października 1943 roku. Nie była to jedyna ofiara wsypy „Astona”. W wyniku ulicznej strzelaniny zginął „Mały” oraz jeden z nieznanych nam konspiratorów. Dopiero teraz kontrwywiad Armii Krajowej poznał prawdziwe oblicze zdrajcy i po przeprowadzonym śledztwie wydał na niego karę śmierci. 

Bar „Za kotarą” mieścił się w samym centrum Warszawy, przy ulicy Mazowieckiej 2, w pobliżu jej wylotu na ulicę Świętokrzyską. Niewielkich rozmiarów lokal był podzielony na dwie części. Wchodząc przez drzwi frontowe klient znajdował się w większym pomieszczeniu, który mieścił poza sześcioma stolikami również bufet i telefon (to przy nim bardzo często zajmował miejsce właściciel Józef Staszauer, który przebywał tu przez większą część dnia). 

Druga część baru znajdowała się na lekkim podwyższeniu, mieściła tylko trzy stoliki i bardzo często była oddzielana od większej sali czerwoną kotarą (stąd wzięła się nazwa przybytku). To właśnie ten punkt zostało wytypowane przez ppor. Stefana Matuszczyka „Porawę” na przeprowadzenie akcji likwidacyjnej „Astona”. Głównie dlatego, że było to miejsce, w którym skazany na śmierć konfident przebywał najwięcej czasu. 

8 października 1943 roku w godzinach wieczornych próg baru „Za kotarą” przekroczyła czwórka członków oddziału bojowego AK. Byli to „Nina” (Danuta Hibner) „Zosia” (Zofia Rusecka), „Naprawa” (Tadeusz Towarnicki) i „Ryś” (nie ustalono prawdziwego nazwiska). Pojawienie się nowoprzybyłych gości, choć ci zachowywali się normalnie, ponoć szybko wzbudziła podejrzenia „Astona” i jego „klientów”. Młodzi udając dwie rozbawione pary, zamówili tymczasem u kelnerki wódkę oraz drogie zakąski (wiadomym wszakże było, że nie będą za nie płacili) i starali się rozeznać w sytuacji. 

Ich zadaniem było: po pierwsze stwierdzić, czy cel zamachu znajduje się na miejscu i po drugie: obserwować pozostałych gości, którzy w chwili wkroczenia do baru grupy uderzeniowej mieli zostać wezwani do podniesienia rąk, a w przypadku braku wypełnienia polecenia, natychmiast zastrzeleni. 

Ową grupę uderzeniową tworzyli: „Szlak” (Bolesław Bąk), „Burza” (Stanisław Bąk), „Doktur” (Leon Bąk), „Andrzejewski” (Andrzej Zawadzki) oraz „Clive” (Zbigniew Szubański) – każdy został uzbrojony w dwa pistolety, dodatkowo „Doktur” posiadał pistolet maszynowy STEN. Grupa miała za zadanie wejść do baru, obezwładnić ewentualnych wrogów, a po rewizji wszystkich znajdujących się w środku, wypełnić rozkaz likwidacji „Astona”. 

Ich poczynania miał z kolei osłaniać zespół składający się z czternastu rozmieszczonych na zewnątrz osób (w tym dwóch granatowych policjantów współpracujących z Polakami). Jak podaje autor artykułu, dostępnego na stronie powstanie-warszawskie-1944.pl: „Ubezpieczenie uzbrojone było w pistolety, granaty i jeden pistolet maszynowy STEN obsługiwany przez „Sokoła”.” 

Kwadrans po godzinie 18:00, gdy wszyscy uczestnicy zamachu zajęli swoje miejsca, z baru, pod byle pretekstem wyszła „Zosia” i zakomunikowała kierującemu akcją ppor. „Porawie”, że cel znajduje się w środku. Chwilę potem przyszły niestety kłopoty. Łączniczka „Teresa”, a zaraz po tym sam „Porawa” zauważyli, że w okolicznych bramach kręci się kilku Niemców oraz podejrzanie wyglądających cywili. Jeszcze większą konsternację wywołały słowa nieznanego mężczyzny, który przechodząc obok wyszeptał ukradkiem: 

– Jest wsypa. Odwołajcie akcję. 

Dowodzący zamachem przez kilka minut łamał sobie głowę nad tym, jaką podjąć decyzję. Było dla niego jasnym, że jeśli on i jego podopieczni znaleźli się w pułapce (wszystko na to wskazywało), nie obędzie się bez ofiar. 

Dziś niestety nie wiemy, co kryło się za dużą koncentracją niemieckich szpicli w okolicach baru, ale zdaniem wielu badaczy tematu najbardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem jest… przypadek. Tego samego dnia w „Za kotarą” odbyć się ponoć miało ważne spotkanie oficerów Gestapo (wyjaśniałoby to ubezpieczenie na ulicy). Mniej prawdopodobne wydaje się natomiast to, że była to osobista ochrona „Astona”, niemożliwe bowiem, aby Niemcy poświęcili aż tylu agentów dla ubezpieczenia jednego tylko konfidenta. 

Koniec końców „Porawa” poinformował grupę osłaniającą o czyhającym w pobliżu zagrożeniu i możliwości kolejnej wsypy, a potem zdając sobie sprawę w gigantycznego ryzyka, zdecydował się rozpocząć akcję. „Burza”, „Doktur”, „Szlak”, „Andrzejewski” i „Clive” wpadli z odbezpieczoną bronią  do wnętrza baru. 

Gdy pięciu bojowników AK wpadło do środka, z dwóch stron rozległo się donośne: „Ręce do góry!”. Polecenia posłuchało tylko dwóch gości, a ponieważ „Aston” i kilku jego „klientów” sięgnęło po broń, akowcy zaczęli strzelać z pistoletów, a Doktur siał seriami ze swego Stena. Wnętrze wnet wypełniły duszący dym prochu i przeraźliwy huk, od którego, jak wspominano potem, aż zatrzęsły się ściany. 

Na ulicy natomiast rozbrzmiał jazgot Stena „Sokoła”, który „wpierw zgasił latarnię na rogu Mazowieckiej i Świętokrzyskiej, a następnie ogniem peemu pokrył wskazane mu wcześniej bramy” (źr. powstanie-warszawskie-1944.pl). Ubezpieczający lokal Niemcy nie mieli najmniejszych szans na przyjście z pomocą „Astonowi”. 

Ten zaś już po kilkudziesięciu sekundach leżał martwy na zimnej posadzce swojego przybytku wraz z żoną, szwagrem i kilkoma gośćmi, których również dosięgnął ogień zamachowców. Rany odnieśli „Nina” („Doktur” i „Szlak” włożyli ją do rikszy i zawieźli do domu, a tam napotykając i zabijając jednego własowca zdecydowali się przewieźć do lokalu na ulicy Ogrodowej), a także „Naprawa” (odwiózł go do domu „Zosi” sam ppor. „Porawa”). 

Według Tomasza Strzembosza w wyniku przeprowadzonej przez Armię Krajową w barze „Za kotarą” akcji zginęło 11 osób. Zlikwidowano Józefa Staszauera, jego żonę Helenę, szwagra Eugeniusza Larscha (cała trójka współpracowała z Gestapo) z żoną, a także trzech przebywających w środku Niemców, groźnego agenta Gestapo – Józefa Konarzewskiego „Torunia” oraz dwóch niezidentyfikowanych mężczyzn (podobnież także agentów Gestapo). 

Życie straciło niestety także trzech niewinnych ludzi, w tym aktorka Maria Malanowicz-Niedzielska, która „Za kotarą” dorabiała, jako kelnerka (to ona przyjęła zamówienie czwórki, którzy na początku zajęli miejsca na podwyższeniu). Zginął również Tadeusz Zjawiński i Tadeusz Wojciechowski. Ten ostatni jest źródłem kolejnej tajemnicy otaczającej bar „Za kotarą”. 

Juliusz Kulesza w opracowanej wspólnie z Robertem Bieleckim publikacji poświęconej oddziałowi 993/W [Przeciw konfidentom i czołgom. Oddział 993/W Kontrwywiadu Komendy Głównej AK i batalion „Pięść” w konspiracji i Powstaniu Warszawskim 1944 roku, Warszawa 1996, s. 139-140] pisze: 

„Niestety życie straciły też osoby, które nie miały być go pozbawione. Według Tomasza Strzembosza byli to dwaj razem siedzący Polacy – Tadeusz Zjawiński i Tadeusz Wojciechowski, oraz wspomniana już kelnerka, Maria Malanowicz-Niedzielska. Strzembosz dopuszcza też możliwość nie zamierzonego zastrzelenia czwartej osoby, pisząc: „Zginął także w barze „Za Kotarą” członek komendy organizacji podziemnej Polska Niepodległa: Tadeusz Chojecki – być może był nim jeden z poległych tu dwu Tadeuszów, znanych tylko z nazwisk, występujących w dowodach tożsamości.” 

Do rozwiązania tej zagadki udało się nam zbliżyć. Obaj Tadeuszowie siedzieli istotnie przy wspólnym stoliku, przy czym Zjawiński miał w dokumentach swoje rzeczywiste, rodowe nazwisko, zaś jego towarzysz w rzeczywistości nazywał się właśnie Chojecki (a nie Wojciechowski) i był właścicielem magazynu dywanów, obić, tapet itp. artykułów, mieszczącego się przy ul. Marszałkowskiej 122. Mieszkający w Grodzisku Mazowieckim T. Zjawiński był w trakcie przeprowadzania się do Warszawy, zakupując elementy wyposażenia domu u Chojeckiego. 

Omówienie tych spraw było celem ich spotkania. Jest pewne, że to nie Zjawiński był tym członkiem kierownictwa Polski Niepodległej. Był nim raczej jego rozmówca – autentyczny Chojecki, posiadający przy sobie dokumenty na nazwisko Tadeusza Wojciechowskiego. To, że T. Strzembosz pisze o Tadeuszu Chojeckim (a nie Witoldzie, Wojciechu, czy Władysławie – patrz książka telefoniczna, gdzie czytamy: „W. Chojecki”) wynikać może z błędu w ówczesnych materiałach źródłowych, polegającego na pomyleniu prawdziwego imienia z imieniem „Wojciechowskiego”. Dodajmy, że brzmienie fikcyjnego nazwiska wynikać mogło z posiadania imienia Wojciech” 

Chojecki, który sam był czynnym żołnierzem podziemia (co prawda nie AK, a organizacji Polska Niepodległa), a który w skutek konspiracji, nie mógł wiedzieć nic o planowanym zamachu, z pewnością zdawał sobie sprawę, że bar „Za kotarą” to miejsce spotkań zdrajców, konfidentów i agentów Gestapo, wybrał jednak ten lokal umyślnie (tak podejrzewa kilku badaczy). Chojecki, który sam obawiał się aresztowania przez Niemców, wybrał takie miejsce spotkania ponieważ zdło się mu ono najbardziej bezpieczne (w końcu kto by szukał członka ruchu oporu w spelunie dla Niemców i donosicieli). Przypadek, opóźniona reakcja samego Chojeckiego w momencie wkroczenia zamachowców, a także chaos, jako po tym zapanował, spowodowały, że on, jego klient oraz kelnerka ponieśli śmierć. 

Akcja likwidacji groźnego i zasłużonego dla wroga agenta, a także zabicie kilku Niemców i konfidentów, którzy tego wieczoru przebywali w barze „Za kotarą” zostało ocenione przez Komendę Główną Armii Krajowej bardzo wysoko. 

„Porawie” i „Ninie” przyznano Order Virtuti Militari V klasy, a „Zosi”, „Rysiowi”, „Naprawie”, „Andrzejewskiemu”, „Clivie”, „Szlakowi”, „Dokturowi” i „Burzy” – Krzyże Walecznych. 

Istotny był również czynnik psychologiczny wywołany w skutek udanie przeprowadzonego zamachu na konfidenta. AK tym samym wysłała wszystkim zdrajcom i donosicielom jednoznaczny sygnał mówiący o tym, że Niemcy nie są w stanie ochronić swych informatorów i że AK karze za zdradę śmiercią – wyrokiem, od którego nie ma odwołania.